sobota, 31 sierpnia 2013

1.09


    Ostatnie 24 h minęły mi na generalnym sprzątaniu garderoby. Co kwartał segreguje całą szafę. Tym razem pozbyłam się głównie butów. Dodatkowo zmieniam zawsze układ rozmieszczenia rzeczy w szafie...i na niej...i pod łóżkiem...i w komodzie, i w drugiej komodzie..., i szafce z butami...i jeszcze w szafie w drugim pokoju... Tak wiec roboty trochę było.
 Jak zawsze mogłam liczyć na pomocną łapkę kocura. Myślę, że to zdjęcie powinno znaleźć się na okładce najnowszego katalogu Furla.





31.08

Niestety kolejna przerwa techniczna nawiedziła mojego bloga. Drugi miesiąc z rzędu dostawca Internetu oraz TV zapomina wywiązywać się ze swoich obowiązków. Poniższe zdjęcia powstały właśnie podczas wypadu do Arkad Wrocławskich w celu złożenia reklamacji. Po powrocie z pracy, dla wygody zmieniłam buty na sportowe oraz zrzuciłam popielaty kardigan obszyty na ramionach czarnymi koralikami. Jak już wspominałam, prócz piątków, obowiązuje mnie dress code więc nie biegam w przeźroczystej koszuli. Torebka, tregginsy oraz okulary są już bardzo dobrze znane. Może taki cały, czarny zestaw wydawać się nudny ale czasami  lubię wtopić się w tłum. Szczególnie jeśli na szybko mam coś do załatwienia. Na usprawiedliwienia mam tylko buty z kolorowymi wstawkami.









A na paznokciach lakier w odcieniu kawy z mlekiem- teoretycznie matowy. 






                                                                                              koszula - Mango
                                                                                              tregginsy - H&M
                                                                                              buty - Lacoste
                                                                                              torebka - Batycki
                                                                                              okulary - Monnari



niedziela, 25 sierpnia 2013

25.08

     Kolejny wpis inspirowany postem http://www.alinarose.pl/.  Jakoś tak się złożyło, iż w tym samym czasie nabyłyśmy ten sam lakier- Fuzzy Coat Sally Hansen. Alina wybrała kolor Tweedy a ja Wool Lite. Przyznam, że jestem średnio zadowolona z tego nabytku. Lakier nakładało się koszmarnie. Przy trzeciej warstwie "łatałam" prześwity. Aby pokryć całość musiałabym nałożyć chyba z 6 warstw. Mimo nałożenia na koniec Top Coat Diamod Inglota, drobinki wciąż haczą o ubrania. Szczerze wątpię, że sięgnę po niego po raz kolejny. Raczej pozostanie zapomniany gdzieś z lodówce za resztą lakierów a za rok się go pozbędę.






                       Pierwsze z czym skojarzył mi się ten lakier to właśnie wiórki kokosowe z rafaello :)




     Kolejnym lakierową ciekawostką czekająca na przestestowanie są Pearl Nails Lovely. Pewnie już wszyscy testowali kawior na paznokcie ale dla mnie, lakierowej konserwatyski to wciąż nowość. Zdecydowałam się na odcień srebrny, chyba najbezpieczniejszych odcień z dostępnych w tej serii.





sobota, 24 sierpnia 2013

24.08

     Piątkowe popołudnie spędziliśmy na tzw." mieście". Po powrocie do domu, usiadłam może na 10 minut. Narzeczony w międzyczasie wyprowadził psa, chwyciłam tylko torebkę i ponownie wyszliśmy. Dziobiąc po drodze maliny dotarliśmy do rynku, dokąd ciągnął mnie barszcz ukraiński z Vegi. Ponieważ w pracy piątek to jeans day, wszyscy przychodzą na luzie. Ja wybrałam czarne, tregginsy oraz białą podkoszulkę. Na ramiona  zarzuciłam żakiet w stylu Chanel a na nogi wygodne Chucki Tylory. Może niektórych razi tego typu połączenie. Jak dla mnie tego typu zestawienie łamie konwencję i ujmuje żakietowi babcinności. Zresztą dziś nawet kierownik biegał w Conversach.









 
       Trzeba uwiecznić jak mięsożerny narzeczony pierwszy raz zdecydował się na zjedzenie czegokolwiek wegetariańskiego.



                                                                                      I na koniec ciekawostka:





                                                                                   żakiet - Tommy Hilfiger
                                                                                   koszulka - Mango
                                                                                   tregginsy - H&M
                                                                                   trampki - Chuck Taylor Converse
                                                                                   okulary - Lacoste
                                                                                   torebka - Furla

środa, 21 sierpnia 2013

22.08

     W czym do pracy? U mnie panują określone zasady, choć nie można ich określić mianem ścisłego dress codu. Ponieważ wyruszam o 7:00, niezbędny jest dla mnie, jako zmarzlucha, trencz. Koszula z kuleczkowi guziczkami to pozory elegancji a dla przełamania sztywności, wygodne jeansy. Wciąż biegam ze złotą torebką i to z dwóch powodów. Chcę się nią jeszcze nacieszyć póki mamy lato a złoty własnie z tą porą roku mi się kojarzy. Drugim jej autem jest pakowność. Noszę ze sobą mnóstwo rzeczy...sałatki, owoce, kosmetyczkę, baleriny, książkę i druty.

 





    W ramach ciekawostki - zdobycie tej bluzki zmusiło nas ( mnie + narzeczonego + brata) do walki z żywiołem. W styczniu, podczas poszukiwań koszuli dla taty trafiłam na Pasażu Grunwaldzkim do sklepu Próchnika dzielonego z Tiffi. Bluzka od razu wpadła mi w oko ale chwilowo przemówił przeze mnie zdrowy rozsądek i postanowiłam jej nie kupować. Po powrocie do domu, wciąż chodziła mi po głowie. Miałam wrócić po nią następnego dnia. Jednak pełna niepokoju, iż na 100% ktoś wykupi mój rozmiar, namówiłam chłopaków ( brata jako kierowcę, narzeczonego jako doradcę) na powrót do sklepu. Do pokonania mieliśmy pół miasta. Międzyczasie rozpętała się śnieżyca. Stojąc w korku na moście Grunwaldzkim tylko zerkałam na zegarek czy aby jeszcze zdążymy. Do sklepu dotarliśmy przed samym zamknięciem, chwyciłam bluzkę i teraz jest należy do moich ulubionych. Panowie pozostawili całą survivalową wyprawę po koszulę bez komentarza.







                                                                                   trencz - Peek & Cloppenburg
                                                                                   bluzka - Tiffi
                                                                                   jeansy - ZARA
                                                                                   szpliki - Butyk
                                                                                   pasek - Betsey Johnson
                                                                                   torebka - Coccinelle

wtorek, 20 sierpnia 2013

20.08

    Kolejna, dłuższa przerwa w pojawianiu się na blogu spowodowana była ekspresową zmianą pracy. Ostatni tydzień minął nawet nie wiem kiedy. Jeśli dobrze pójdzie to teraz będę miała więcej czasu oraz sił na drutowanie. Póki co, na szybko i w nie najpiękniejszej aurze przypominam o sobie.Wczoraj jeszcze wracałam z pracy letnio ubrana a dziś 17 stopni i deszcz. Jak zawsze w taką pogodę wyciągam kalosze oraz trencz który nie przepuszcza zimna. Podobno jutro ma być już ładniej - zobaczymy.







                                                                                            trencz - ZARA
                                                                                            spodnie - H&M
                                                                                            kalosze - Hunter
                                                                                            torebka - Furla

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

12.08

        Szorty powstały z myślą o konkursie zorganizowanym przez Charlize Mystery. Wcześniej nawet nie próbowałam podjąć się wykonania tej części garderoby. Chyba zaskoczyłam samą siebie gdy późnym wieczorem tydzień temu , po przeczytaniu wpisu wyżej wymienionej blogerki ogłaszającego konkurs na szorty DIY, chwyciłam bawełnę z koszycka i wzięłam się za robotę. Przy pracy na pełen etat, jedyne co mogłam ograniczyć aby znaleźć czas na szydełkowanie, to sen. Tak więc po siedmiu dniach, dziergania, ograniczeniu snu do 5-6 h dziennie -skończyłam. Lauretką tego konkursu pewnie nie będę ( póki co przez prawie 28 lat życia udało mi się wygrać notes i 10zl w losach) ale co mi szkodzi spróbować.






środa, 7 sierpnia 2013

7.08

      Na dziś przygotowałam małą prezentację kosmetyków sprowadzonych przez kolegę - podróżnika, z miejsca w którym spędził miesiąc ostatniej wiosny, a mianowicie z Indii. Spośród specyfików,  które zakupił  dla siebie wybrałam cztery rzeczy.



       
     Pierwszą z nich jest jakże charakterystyczny dla makijażu Hindusek - Kajal - kredka do oczu. W moje ręce trafił akurat ten firmy Himalaya. 



     Kajal w formie wysuwane, grubego ołówka jest bardzo łatwy do nakładania ( choć mam wrażenie, iż będzie trudniej gdy szpic się stępi). Odcień smolistej czerni pięknie wydobywa kolor tęczówki. Nie odczuwałam, opisywanego przez niektórych uczucia mrożenia. Za to przyznam iż bardzo dobrze się go "nosi" na powiekach. Nie powoduje uczucia ciążenia, które zawsze przeszkadza mi przy kreskach wykonanych zwykła kredką. Podobno, przy okazji, odżywia mięśnie oka. Głównym minusem jest fakt, że bardzo łatwo się rozmazuje. Dla mnie to bardziej ciekawostka kosmetyczna niż must have.

     Skład:
- olej migdałowy ( Vatada, Prunus amygdalus),
- kamfora (Karpura, Cinnamomum csmphora),
- olej rycynowy ( Eranda, Ricinus communis),
- róża damaceńska ( Shatapatri, Rosa damascena),
- Triphala ( Amalaki, Haritaki owoce Vibihitaki - Emblica offcinalis, Terminalia chebula, Terminalia bellerica).



   
     Jako kolejny do przetestowania wybrałam Herbal Nourishing Cream Sandal & Olive Khadi. Pierwsze co należy o nim wspomnieć to fakt, iż po otwarciu słoiczka sam zapach zachęca nas do nałożenia na twarz. Krem jest odpowiedni do wszystkich rodzajów skóry. Nie jest tłusty i mimo gęstości, nakłada się go bardzo dobrze. Po 10 dniach aplikowania go pod makijaż oraz po raz drugi po demakijażu ale nie na noc, odnoszę wrażenie, że krem ten zmiękcza skórę i poprawia jej nawilżenie. Minimalnie poprawia koloryt.  Minusów zdecydowanie brak.





     Specyfikiem, który zużywam w hurtowych ilościach jest krem do rąk. Dlatego też zdecydowałam się na Herbal Hand Cream Milk & Saffron Khadi. Używam go po każdym umyciu rąk. Przyjemnie nawilża i uwodzi zapachem. Zmiękcza również skórki wokół paznokci ale póki co nie zauważyłam aby wpłynął ja stopień ich łamliwości czy też rozdwajania się. Może dlatego, że przeważnie mam je pomalowane minimum odżywką więc krem nie ma jak na nie zadziałać. Zdecydowanym minusem jest fakt, iż należy go natychmiastowo i energicznie rozmasować na dłoniach. Jeśli się tego nie zrobi to momentalnie zasycha a przy dalszej próbie rozmasowania krem zaczyna się wałeczkować i osypywać. Gdyby nie ten zapach odstawiłabym go już po drugim użyciu...



   
     Na koniec ręcznie robione, cytrynowe mydło Khadi. Jest przeznaczone do skóry przytłuszczającej się. Zwęża pory i orzeźwia. Po raz kolejny, głównym atutem kosmetyku firmy Khadi jest zapach który urzeka i utrzymuje się na ciele jeszcze jeszcze długo po kąpieli.




  
     
     Bardzo żałuję, że kolega- podróżnik nie zdecydował się na na sprowadzenie indyjskich maseł do ciała czy też peelingów. Biorąc pod uwagę zapach tych które już posiadam, sam ich zapach powodowałby uzależnienie.